Zsunęliśmy się do ich okopu i powiedzieliśmy, jakie mamy zadanie. Odparli, że nie widzieli żadnego mostu, ale mogli skierować nas w stronę stru­mienia, który płynął u stóp sąsiedniego wzgórza. Twierdzili, że przeciwległe zbocze pełne jest szkopów. Wystraszyli nas infor­macjami o minach i snajperach. Ostrożnie wysunęliśmy się z okopu. W nosie i na podniebieniu czułem kwaśny smak kawy. Nie powinienem był jej pić. Potykając się i ślizgając, zsuwaliśmy się po stoku wzgórza. Zbocze pokryte było zmarzniętym błotem, ale na wierzchu leżała warstwa luźnego łupku. Dotarliśmy do strumienia i zatrzymaliśmy się na jego brzegu. Stan miał mapę i był pewien, że most powinien się znajdować nieco dalej na północ, właściwie bardziej na wschód niż na północ. Ja nie miałem zielonego pojęcia, chciałem tylko jak najszybciej załatwić sprawę i wracać. Ruszyliśmy w górę wąwozu wyżłobionego przez strumień. Trudno nam się szło ze względu na panujące ciemności. Niebo rozjaśniało się już troszeczkę, tak jak zawsze wtedy, kiedy przed świtem stoisz na warcie i czekasz już tylko na zmianę. Ale, jak zwykle, niewiele to pomagało. Kierowaliśmy się przede wszy­stkim szmerem płynącej wody.